Szukaj na tym blogu

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Thriller. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Thriller. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 lipca 2011

Szepty zmarłych - Simon Beckett

W rok po wydarzeniach opisanych w drugiej części, Hunter przebywa na stypendium naukowym w USA na Trupiej Farmie w Knoxville. Zaprosił go jego mentor -  Tom Lieberman. Wspólnie z nim i z agentem specjalnym Tennessee Bureau of Investigation, Danem Gardnerem rozwiązuje zagadkę zabójstwa Terry'ego Loomisa, znalezionego w górskiej chacie. Wkrótce pojawiają się kolejne ofiary.

Trzecia część znów przypomina pierwszą. Akcja jest wartka, ciekawe szczegóły, czuć oddech mordercy na plecach... ale ciągle nie wiemy kto to. 
Warto wspomnieć, że autor był na tej Farmie. I przybliżył nam nieco jej realiów w książce.  To dodatkowo podnosi wartość książki.
Taka książkę można polecić ze spokojnym sumieniem tym, którzy lubią się bać.
Na półce czeka na mnie już część czwarta. Liczę, że będzie podobna do nieparzystych części przygód Huntera.

Zapisane w kościach - Simon Beckett

Akcja książki toczy się półtora roku po wydarzeniach z pierwszej części - Chemia śmierci. Hunter wraz z przyjaciółką wyjechał z Manham i mieszka w Londynie. Niespodziewanie zostaje wezwany na Runę – maleńką wyspę odciętą od świata. Popełniono tam brutalne morderstwo na Janice Donaldson. Wkrótce po przybyciu rozpętuje się sztorm i jedynymi osobami mogącymi rozwikłać tę zagadkę są dr Hunter, Neil Fraser  i emerytowany policjant Andrew Brody.

Czasami tak bywa, że druga część przygód jest słabsza. Ta według mnie jest. I to bardzo. Rzadko mi się tak zdarza, żeby książkę czytać tydzień. Przemęczyłam ją.
Niby styl pisania podobny, zagadka dość ciekawa... ale jakoś się tak wlekło jak flaki z olejem.


Chemia śmierci - Simon Beckett

Manham. Małe spokojne miasteczko. "Krajobraz pozbawiony zarówno życia, jak i konkretnych kształtów. płaskie wrzosowiska i upstrzone kępami drzew mokradła". To tu doktor David Hunter szuka schronienia przed okrutną przeszłością. Sądzi, że przeżył już wszystko to, co najgorszego może przeżyć człowiek. Sądzi, że wie o śmierci wszystko. Ale śmierć, "ów proces alchemii na wspak, w którym złoto życia ulega rozbiciu na cuchnące składniki wyjściowe", wdziera się do Manham. I to w niewyobrażalnie wynaturzonych formach. Jeszcze nie wiemy, dlaczego Hunter - wybitny antropolog sądowy - zaszył się tu jako zwykły lekarz. Dlaczego odmawia pomocy policji, skoro potrafi określić czas i sposób dokonania każdej zbrodni. Wiemy tylko, że się boimy. Razem z mieszkańcami Manham czujemy odór wszechobecnej śmierci. Giną młode kobiety, dzieci znajdują makabrycznie okaleczone zwłoki, ktoś podrzuca pod drzwi martwe zwierzęta, ktoś zastawia sidła na ludzi. Spokojne miasteczko rozsadza strach i nienawiść.
Każdy może być ofiarą...
I każdy może być zwyrodniałym mordercą...
/opis z tyłu książki/

Podobno książka miała po trzydziestu sekundach czytania wywołać u mnie dreszcz, a po minucie miałam mieć serce w gardle...
Nic z tych rzeczy. Pierwsze strony czytałam z wielkim zaciekawieniem. Było o... przemilczę, bo popsuje Wam czytanie. Z każdą kolejną stroną coraz bardziej sie wciągałam. Czułam strach. Miałam się na baczności. Morderca czyhał. Obserwował.
Jak każdy czytelnik tego typu książek już analizowałam go mógł być mordercą i dlaczego. Z zaciekawieniem i rosnącym napięciem obserwowałam (tak... obserwowała, bo ja byłam w tym miasteczku... razem z mieszkańcami przerażona czekałam na to co będzie...) okolicę, ludzi... Wszystko.
Od strony 190 zaczął się ból. Fizyczny. Bolało. Autor dodał (pierwszy raz) przemyślenia i odczucia ofiary. To co rozbił z nią psychopatyczny zabójca było opisane dokładnie. Wręcz przerażająco dokładnie.
Koniec był straszny... Niby oczywisty... Smutno się zrobiło.
Autor dodał jednak epilog. I wiecie co? Nic nie było takie jak się wydawało. Po tych 6 stronach - niby mało, ale jednak - znów można było wrócić do normalnego świata...
Udało się... Tylko tyle powiem.


Książka warta przeczytania. Zastanawiałam się nad nią w zeszłym roku, ale usłyszałam od znajomych, że te opisy ciał są okropne (bujda ;p ja tam mam słabość do antropologii i kryminologii) i niestety nie przeczytałam jej. Wtedy. Ale nadrobiłam to. A teraz ją polecam.

Publikowane na stronie forum OSC.

środa, 1 czerwca 2011

Złe małpy - Matt Ruff

Jane Charlotte zabiła człowieka. Lekarz ze szpitala psychiatrycznego w Las Vegas ma za zadanie zbadać jej poczytalność. Zabójstwo wygląda na irracjonalne, a życiorys trzydziestoparoletniej kobiety – młodzieńczy bunt, narkomania, przelotne związki i marne posady – nie daje jednoznacznego obrazu jej zdrowia psychicznego. Jane nie zaprzecza, że zabiła. Twierdzi jednak, że zrobiła to, bo należy do tajnej organizacji, walczącej ze złem na świecie. A konkretnie - pracuje dla Wydziału Usuwania Niereformowalnych Osób. Dla Złych Małp. 
Opowieść Jane Charlotte jest spójna i logiczna, trochę podkoloryzowana na film klasy B, ciut za dużo efektów, ale nadal mieści się w realności. Gdy już zaczynamy jej wierzyć, zaczynamy ją nawet lubić, to doktor Vale wyciąga na światło dzienne parę faktów. I znowu – wydaje się nam, że wiemy, dlaczego Jane wymyśla sobie świat Złych Małp, od czego ucieka w szaleństwo. Coraz bardziej wchodzimy w niewiarygodny świat kobiety, chcemy za wszelką cenę jej  wierzyć - że przeciętna osoba z masą problemów może ratować świat od złych ludzi. Przecież tak bywa w kinie. Każdy z nas marzy by być kimś więcej niż tylko osobą czytającą o teoriach spisowych, checemy brać w tym udział! A Jane bierze w tym udział... Bez głębszego zastanowienia stanęłam po jej stronie.

Powieść Matta Ruffa'a to kawał świetnej literatury skonstruowała jak szwajcarskie zegarki - precyzyjnie i z finezją.
I z zaskakującym końcem.

Idę upolować pozostałe książki tego autora.

sobota, 28 maja 2011

Pokonać kostuchę - Josh Bazell

Manhatański lekarz Peter Brown ukrywa mroczą tajemnicę. Po konflikcie z mafijnymi pracodawcami zaczął współpracować z FBI. Nagle spotyka przeszłość...

Świetny ironiczny i cierpki humor à la dr House, wciągająca akcja, za którą podążymy z wielką przyjemnością. A miałam nie brać tej książki do ręki - przez pochwalne recenzje na okładce (Rebis, 2009) - zawsze piszą w superlatywach, a potem czytam takie gnioty. A tu niespodzianka. Może dlatego, że mam słabość do ironii albo do Hausa? I jeden jedyny majstersztyk - opis zrobienia noża z własnego ciała. Opis podziałał na mnie tak jak opis guzikowych oczów u Gaimana w "Koralinie" - musiałam zamknąć książkę i skupić się na czymś innym.

Książka warta przeczytania.

Recenzja opublikowana na portalu Biblionetka.